Autobusowe przygody w Azji południowo-wschodniej

W Azji południowo-wschodniej, wszystkie hostele, guesthouse’y, hotele i jakiekolwiek inne miejsca noclegowe, które tylko wybierzesz, robią dodatkowy dochód na ogarnianiu transportu.  Turyści nie bardzo mający czas, ochotę i cierpliwość na załatwianie dojazdów, wybierają prosty sposób na pozbycie się transportowego zawrotu głowy. Wygodnie, bo masz ”darmowy” odbiór z miejsca, które wynajmujesz, aż do stacji autobusów, a potem cały sztab nie bardzo rozumiejących angielski Azjatów, stara się, żebyś tę drogową manianę przeżył na tyle spokojnie, na ile się da.

Przygód wszakże nie zabraknie, jakkolwiek żarliwie by cię hostel nie zapewniał o bezproblemowym dotarciu z miejsca A do miejsca B. Bywa różnie, mniej, czy też bardziej komfortowo – w zależności od ceny i kierunku, ale jedno jest pewne – nie zapomnisz tej przejażdżki.

Byś lepiej zrozumiał, o czym mówię, przytoczę ci kilka własnych przygód.

Autobus z Hanoi w Wietnamie do Vientiane w Laosie. Robisz swój research cenowy w internecie i Amerykanie informują, że za mniej niż 30 dolców to nie dojedziesz. Jakże się cieszysz, gdy dzień przed wygaśnięciem wizy okazuje się, że i twój hostel za owe 30 baksów dowiezie cię na miejsce w komfortowym nocnym autobusie. Bez zastanowienia bookujesz więc bilet i czekasz. Wpada zdyszany taksówkarz i upycha cię do wozu razem z innymi, niczego nie przeczuwającymi, turystami. Nagle wyrzucają cię na przystanku i prowadzą do okienka. Tam okazuje się, że ów bilet kosztuje nie 30 dolarów, ale 20 i takim oto sposobem dowiadujesz się, że nieco przepłaciłeś, jako że za taksówkę dzieloną na dwie osoby zapłaciłbyś i tak 1.5 USD od łebka. Nieważne to – myślisz, jest nauczka, następnym razem nie ufasz internetom. Wpadasz do autobusu, a tam pan Zarządca ds. udzielania miejsc w autobusie wskazuje ci wąskie miejsce na tyle autobusu, tuż między dwoma mężczyznami. Tak masz jechać prawie całą dobę, przy toalecie zionącej najgroźniejszymi odorami, gnieżdżąc się jak sardynka, między dwoma wielkimi mężczyznami, próbując złapać oddech w tej klaustrofobicznej klitce. O nie – myślisz. Wszyscy Wietnamczycy zajmują wygodne miejsca leżące, nie dzielone bynajmniej z innymi podróżnymi, dlaczego zatem wszyscy turyści pakowani są na tyły, żeby cisnęli się we wspólnym sosie? Tym bardziej że wolnych miejsc nie brakuje. Pan Zarządca żadnych logicznych argumentów nie znajduje, ale zyskując poparcie innych turystów, udaje się jednego z mężczyzn przesadzić na wygodne miejsce, a tobie pozostaje ułożyć się w podwójnym ”łożu”, w którym masz zmieścić się ty z przyjaciółką i jeszcze jeden mężczyzna. No TRUDNO. Ważne, że jest z kim dzielić niedolę. (Tak na marginesie to myślę, że wygrał przede wszystkim argument, że religia nie pozwala mi na to, żebym spała w jednym łóżku z obcymi mężczyznami). ;D

Okazuje się, że mężczyzna, z którym musisz spać pod przymusem, jest miłym, młodym Nowozelandczykiem, trochę nawianym, na tabletkach usypiających, więc zabawa trwa. Gdy otumaniony tabletkami zaczyna zajmować półtora miejsca, zamiast przyznanego jednego, już niewiele może cię zdziwić. Próbujesz go trochę przesunąć, zaczynasz do  niego mówić, prosić, a on okazuje tylko zwiotczenie mięśni i całkowitą śpiączkę.  Ale jak już się obudzi, okaże się, że pomimo wszystkich niewygód i niedogodności, które stały się też i jego udziałem, jest fajnym człowiekiem, z którym da się nawiązać interesującą znajomość, a więc ma wybaczone. ;D

Skazani na wspólne autobusowe łóżko.

To było ponad 5 tygodni temu, a teraz pozwólcie, że opowiem wam zajścia zeszłej nocy.

Za pomocą miłych ludzi z hostelu w Siem Reap w Kambodży, udało nam się zarezerwować tani autobus nocny do Phnom Penh. Znów nas odebrano spod hostelu, mimo że do stacji było zaledwie 500 metrów, wpakowano wreszcie do nocnego autobusu, który pomimo swej niskiej ceny – 10 dolarów, okazał się niesamowicie wygodny. O wiele szersze łóżka, dużo prywatności zawdzięczanej zasuwanym kotarom, miły powiew nad głową. I toaleta daleeeeko od miejsc do spania. 🙂

Nie należę do osób łatwo zasypiających w środkach publicznego transportu, więc do 3 nad ranem (wyjeżdżaliśmy o 23:30) zeszło mi, żeby przymknąć oko. Nasz autobus miał być na miejscu około 5, więc niczego nie przeczuwając, wreszcie udało mi się zdrzemnąć. Budzi mnie przerażona przyjaciółka, mówiąc:  „Jest 7 rano. Zaspałyśmy. Nie ma nikogo w autobusie. Zostawili nas”. OOO, tego jeszcze nie grali, myślę. Przerażone, że zamknięte w autobusie, bez bagaży, utkniemy tu na dobre, zaczęłyśmy gnać w stronę drzwi. Obawy potwierdzone. Bagaży nie ma, autobus zamknięty, ale jest Pan kierowca drzemiący na posłaniu. Patrzy na nasze przerażone miny i zaczyna się śmiać, sam nie mogąc uwierzyć w absurd tejże sytuacji. Pytamy, gdzie nasze bagaże, a Pan tylko się śmieje i odpowiada: ”bus station – stacja autobusowa”. Tylko o co chodzi? Wychodzimy na zewnątrz, a tam gdzie okiem nie sięgnąć autobusy i pękający ze śmiechu kierowcy. Nasz Pan opowiada im coś po khmersku, ktoś łączy się z kimś na walkie-talkie i dostajemy komendę: ”wait – zaczekajcie”.  Ale na co? O co tu chodzi? Tego nie potrafi wytłumaczyć nikt, bo Panowie poza wyżej wymienionymi zdaniami, nic więcej po angielsku nie są w stanie z siebie wydusić. Wtedy dzwoni telefon. Nasz Pan podaje mi słuchawkę i każe rozmawiać. Ja nic nie rozumiem, nie mając pojęcia, jakim językiem posługuje się osoba po drugiej stronie. Nagle podjeżdża autobus i nasz Pan każe nam wsiadać, pokazując na migi, że plecaki są na innej stacji autobusowej. No to jedziemy przez Phnom Penh wielkim czerwonym autobusem, tylko Pan kierowca i my z przyjaciółką. Taką darmową taksówką to jeszcze się nie przemieszczałyśmy. Wciąż jednak przerażone, jak skończy się przygoda ostatniej nocy. W końcu wysiadamy na innej stacji i okazuje się, że nasze plecaki czekają w miejscu, gdzie przyjmuje się paczki. UFF, co za ulga. I znów cała stacja się śmieje. 🙂 Dwie minuty później wsiadamy już do autobusu w stronę Kep, skąd piszę właśnie tego posta.

Jeśli będziecie w Azji południowo-wschodniej,  korzystajcie do woli z autobusów! Niezapomniane wrażenia gwarantowane!

Lokalny autobus w Laosie. Weźmie ze sobą dosłownie wszystko. Nawet miliony butelek wody.
Głodny? Na co czekasz?! Lokalne autobusy w Laosie zatrzymują się co chwilę, żeby wpuścić do srodka przekupki, co by pasażer głodny nie siedział. Wśród oferty żywieniowej króluje grillowane mięso, jajka z zarodkami na patyku i sticky rice.
Nietety w Laosie przejażdżka z szalonym kierowcą kończy się nierzadko w taki oto sposób. Wszędzie barierki są powyginane, leżą w rowach jakieś pojazdy, kierowcy nia patrzą, tylko prują do przodu tyle, ile wlezie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *