Ayutthaya – coś więcej niż ruiny?

Pisząc o Tajlandii, nie zacznę od Bangkoku. Zostawiam go sobie na później.

Ayutthaya – tak, opowiem wam o niewielkim mieście słynącym z ruin. O mieście wypełnionym świątyniami. O mieście oddychającym historią.

Ayutthaya w latach swej świetności stanowiło stolicę królestwa Ayutthaya (zwanego również Siam), którego władcy podporządkowali sobie sporą część terytorium współczesnej Tajlandii. Przez  prawie cztery wieki Ayutthaya było największym miastem Azji Poudniowo-Wschodniej.  Miasto tworzyły różne narodowości: Chińczycy, Portugalczycy, Holendrzy, Anglicy i Francuzi. Tamtejsza ludność trudniła się handlem i spora jej część żyła na łodziach z lekka falujących po kanałach miasta. Nic też dziwnego, że Ayutthaya została wkrótce nazwana ‚Wenecją Wschodu’.

Królestwo utworzone w XIV wieku zostało zniszczone w 1767 roku przez birmańską armię. Ruiny miasta tak chętnie odwiedzane przez turystów z całego świata składają się na kompleks Parku Historycznego, który został uznany za Światowe Dziedzictwo UNESCO. Tak więc dziś Ayutthaya słynie przede wszystkim z tego, że SŁYNIE. 🙂

Z Bangkoku nic prostszego niż wziąć pociąg za 20 BAHT (2.30 PLN) i po 2 godzinach wysiąść na stacji ‚miasta ruin’. Potem pozostaje tylko ominąć czyhających tuk-tuksiarzy, przejść przez ulicę i wypożyczyć rower – najlepszy środek transportu, żeby poznać miasto. Do ręki dostaniemy mapę z wyznaczonymi trasami i nawet poradą na temat kolejności, w której powinniśmy owe trasy zrobić.

Ku uciesze turystów miasto serwuje również atrakcje typu: targ pływający (nie byłam, bo na shopping nie przyjechałam, a za wejście oczywiście trzeba było uiścić opłatę – w Tajlandii prawie wszędzie płaci się za wejściówki, kwoty są kilkukrotnie wyższe dla obcokrajowców) oraz ‚centrum słoni’ – na grzbiecie słonia można sobie przejażdżkę urządzić (też nie skorzystałam, ale chętnych nie zabrakło).

W oczekiwaniu na nocny pociąg do Chiang Mai, gdzie moja miesięczna podróż do Tajlandii miała przybrać całkowicie inny kształt, oddałam się jednemu z moich ulubionych zajęć w podróży – obserwowaniu życia na stacji. Dziesiątki mnichów, rozkrzyczanych nastolatków okazujących sobie czułości, dzieciaków biegających po platformie ku przerażeniu rodziców, głosów mówiących w różnych językach (w tym i polskim:), psów proszących o choćby okruszki. Te wszystkie obrazy umilały mi czas, gdy na tablicy flamastrem Pan Taj – kierownik stacji – wypisywał kolejne opóźnienia mojego pociągu (błahostka – 2 godziny). O tak – błahostka, bo w Kraju Uśmiechów tego typu sprawy ani nie smucą, ani tym bardziej nie denerwują.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *