Do zobaczenia, Wietnamie!

Nasz czas w Wietnamie dobiegł końca.

Nie było mi łatwo żegnać się z tym krajem, w którym spędziłam siedem – czasem uporczywych, często pięknych, a na pewno niezapomnianych – miesięcy.  Moje początki były dalekie od łatwych. Wylądowałam w zatłoczonym, pełnym spalin, hałasu, śmieci, szczurów i ludzi starających się oszukać cię na każdym kroku – Hanoi. Moja szefowa okazała się oszustką, praca i dojazd do niej koszmarem, więc po dwóch-trzech tygodniach postanowiłam uciekać, gdzie pieprz rośnie. Pozwiedzałam trochę północną część kraju, po czym wyjechałam w podróż po Tajlandii. Długo myślałam nad tym, czy chcę wracać do Wietnamu. Cieszę się jednak, że ostetecznie postanowiłam dać temu krajowi jeszcze jedną szansę. Tym razem na własnych warunkach. Bez niedbającej o nic organizacji – AIESEC, która wkopała mnie w nielada tarapaty (od razu odradzam proponowane przez nich praktyki dla prywatnej szkoły językowej Popodoo w Hanoi i Hajfongu – jeśli chcecie znać więcej szczegółów, piszcie na priv).

Wracając do Wietnamu, wiedziałam, że nie chcę pracować ani w Hanoi, ani w Sajgonie. Potrzebowałam natury i spokoju, i tak dostałam się do urczego Hajfongu – sami popatrzcie jak uroczego!

Dziś nie żałuję niczego, spędziłam w Hajfongu i na Cat Ba niezwykłe miesiące, wiele mnie ten wyjazd nauczył. Na pewno cierpliwości, wytrwałości i spokoju. Moje życie w niczym nie przypominało tego pozostawionego w Europie i choć na początku było niezmiernie ciężko, wyszłam z tego obronną ręką, z nadzieją w sercu. Nadzieją na ludzi, na to, że świat wcale nie musi wyglądać tak, jak wygląda. Nauczyłam się jak niewiele potrzeba do szczęścia, że to my decydujemy o jego poziomie. To my wybieramy na jakich emocjach się skupiamy i kształtujemy swoje samopoczucie. Wszystko zależy od nas. Wszystko. Tylko musimy zdać sobie z tego sprawę i zdecydować, czy wybieramy szczęście, czy zapominamy się w bezsensownych poszukiwaniach wyimaginowanej postaci szczęścia, która jest tuż obok. Wystarczy to zauważyć. Dziś mam otwarte oczy i wierzę, że zawdzięczam to Wietnamowi. A przede wszystkim jego ludziom, którzy z niczego potrafią zrobić coś i czerpać niekończącą się radość z małych rzeczy, których ludzie w Europie nawet nie dostrzegają.

Nasz wolontariat na Cat Ba był wisienką na torcie (będzie i o wolontariacie, jak ogarnę nową sekcję na blogu, poświęconą wykonanym przez nas wolontariom z workaway.info) . Ludzie, których tam poznałam byli tak niesamowici, że gdyby nie fakt, iż kończyła mi się wiza, zostałybyśmy tam o wiele dłużej. Tak więc przyszło mi żegnać się z krajem w atmosferze smutku i nostalgii, wiedząc, że będę tęsknić za tym, co zostawiam za sobą. Po raz kolejny zostawiam coś za sobą, tym razem jednak co chwila oglądam się wstecz, uśmiechając się do siebie. I ten uśmiech na długo nie znika z mych ust.

Od wczoraj jesteśmy w Laosie, jutro zaczynamy nowy wolontariat. Mam pewne obawy, bo jakoś ciężko uwierzyć, że wszędzie może być tak samo cudownie. Niemniej będę pisać! A i podróż autobusem z Hanoi do Vientiane zasługuje na kilka słów. ;D

Tak więc – do spisania!

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *