Workaway’owy „wolontariat” w Vang Vieng

Workaway skupia się zazwyczaj na szczytnych projektach przysługujących się lokalnym społecznościom. Niestety, wraz z rozwojem portalu pojawiło się coraz więcej ludzi, którzy wykorzystują „wolontariat” jako sposób na zrekrutowanie prawie darmowej siły roboczej. Wszystko byłoby ok, gdyby firmy się ogłaszające rzeczywiście nie miały pieniędzy na rozwój i oferowały w zamian wyjątkową przygodę i wymianę kulturową. Jednak zdarza się i tak, że dobrze prosperujące interesy rejestrują się na workaway’u, żeby do minimum ograniczyć swoje wydatki. Ile jest takich miejsc? Myślę, że więcej niż negatywnych komentarzy wyświetlanych na stronie hostów. Nie każdy chce zostawiać autentyczną opinię, starając się nieco wybielić hosta. Powoduje to nie lada zamieszanie i zakrzywienie obrazu przedstawiającego wolontariat.

Tym wpisem pragnę was ostrzec,  że nie zawsze jest tak kolorowo jak w opisie i trzeba brać pod uwagę fakt, że selekcja odpowiedniego hosta wcale nie musi być tak prosta.

I nam wypadło trafić do bardzo pozytywnie opisanego miejsca, które niewiele miało wspólnego z ideą „wolontariatu”. Był to hotel w Van Vieng, mieście słynącym z pijanych turystów płynących w oponach z nurtem rzeki (o tym wkrótce:D).  Nasza hostka spotkała nas jeszcze w Wientian, jako że miała spędzić dwa najbliższe tygodnie poza hotelem, a chciała się z nami spotkać, żeby omówić nasze zadania. Przez portal umówiłyśmy się z nią, że będziemy robić coś związanego z naszym doświadczeniem i zainteresowaniami, ale o szczegółach miałyśmy porozmawiać na śniadaniu. Spałyśmy z przyjaciółką w jednym z najtańszych hosteli w mieście, więc tam też przyjechała nasza hostka, żeby z nami pomówić.

Siorbiemy właśnie wietnamską kawę z saszetki, gdy do naszej mało luksusowej miejscówki wchodzi elegancka dama w średnim wieku. Z dość krzywym uśmiechem siada z nami przy stole i widzimy, że nie czuje się za swojo w tym miejscu. Rozgląda się po kątach i pyta: „To tu śpicie”? „Oczywiście” odpowiadamy i ze szczerym sercem proponujemy jej, że może zjemy śniadanie na miejscu. Nasza przyszła hostka obruszona mówi, że nie podają tu dobrego jedzenia i ona zabierze nas do świetnej restauracji. Ok zatem. Proponuje również, że możemy przedtem przejechać się po mieście, więc gęby nam się uśmiechają jak to miło z jej strony.  Wsiadamy do pięknego jeepa i ruszamy. Pani opowiada o swoim życiu.  Jest Australijką, studiowała kultury azjatyckie i lata temu przyleciała do Laosu. Zakochała się, została. Otworzyła z mężem hotel, potem drugi, później jeszcze kawiarnię, centrum jogi, stadninę koni, teraz budują nową restaurację.

Przejeżdżamy przez Wientian, zatrzymujemy się przed światynią z posągiem śpiącego Buddy i już mamy jechać na śniadanie. Pytamy, co z naszymi obowiązkami, bo ciekawość nas zżera, zaaferowane szeregiem prowadzonych przez naszą hostkę biznesów. I Pani zaczyna: „Wiecie, była u nas taka Filipinka, która robiła dla nas coś niezwykle ważnego, sprawdzała czystość pokojów w jednym z naszych hoteli”. W tym momencie w głowie zapala mi się czerwone światełko. „Odeszła niedawno, więc pomyślałam, że na początku mogłybyście przejąć jej obowiązki. Nie powinno wam to zająć więcej niż 6 dni (mamy pracować 6 dni w tygodniu po 5 godzin). Potem znajdziemy coś, co będzie bardziej odpowiadało waszemu doświadczeniu”. Hmmm, to pytam Panią, na czym dokładnie ma polegać to sprawdzanie czystości. Nasza hostka zaczyna biadolić na laotańskie sprzątaczki, że sprzątają po „laotańsku”, a ona chce swym gościom oferować zachodnie standardy. Tak więc chciałaby, żebyśmy sprawdzały pokoje i w razie niedociągnięć, poprawiały to, co pominęły sprzątaczki.

Jakoś całe zaufanie do hostki uleciało, gdy zaczęła mówić o innych wolontariuszach. Wszyscy z krajów zachodnich: Francja, Kanada, Stany Zjednoczone, zajmują się rzeczami, które nic wspólnego nie mają z „brudną robotą”. Jest też Rosjanka, pracuje w kawiarni. To ciekawe myślę, że sprzątaniem zajmują się wolontariusze z Filipin i Polski, Rosjanka sama prowadzi kawiarnię w ramach wolontariatu, a Ci „Zachodni” mają czyste rączki. Chciałam już zrezygnować z tego pomysłu, bo na tym etapie nie byłam przekonana o słuszności wykonywania tego typu obowiązków na wolontariacie dla właścicielki jednych z najlepszych hoteli w mieście. Niemniej, przyjaciółka namówiła mnie, żebyśmy spróbowały, bo nie ma co oceniać z góry. A poza tym sprzątanie ma być tylko przez chwilę, potem zajmiemy się czymś innym.

No to pojechałyśmy. Piękny hotel, restauracja z bufetem. Drugi hotel tuż obok, z basenem jak marzenie. Wszystko to z widokiem na bezkresne góry, tuż nad rzeką. Krajobrazy dosłownie zapierające dech w piersiach. My z samego rana zjawiamy się na recepcji, gdzie „wita” nas człowiek bez uśmiechu, z wściekłą twarzą, totalny GBUR. Pyta: „A to wy do sprzątania”? Wręcza nam wiaderka ze szczotkami i innymi przyborami do sprzątania i podaje klucze do pokojów, które mamy ogarnąć. No i okazuje się, że cały ten „quality check”, to tak naprawdę gruntowne sprzątanie tego, co pominęły Panie przed nami. A pominęły wiele, bo w Azji południowo-wschodniej sprząta się bardzo po łebkach, tylko tam, gdzie widać. Tak więc za każdym telewizorem, szafkami znajdują się tony kurzu. Wszystkie lampy są pełne pajęczych nici, a toalety mają umazane od brudu płytki, bo tam gdzie Panie nie sięgają, sprzątać przecież nie trzeba. I tak 30 godzin tygodniowo popylać mamy z wiadrami i szczotkami, sprzątając pokoje luksusowego hotelu. Taki oto wolontariat. Z naszą hostką nie ma kontaktu, przecież wyjechała. Wolontariusze okazują się totalnymi bufonami, którzy korzystając z nieobecności właścicielki nie pracują wcale. No poza Rosjanką, która sama prowadzi kawiarnię.

A z pokojów takie widoki!

Totalnie brakuje w tym miejscu atmosfery wolontariatu, która była wszechobecna w 24rest ecologic. Ludzie są albo wyniośli, albo niemili. Postanawiamy więc, że sprawdzimy wszystkie pokoje tak szybko, jak się tylko da i uciekamy z tego miejsca. W 3 dni ogarnęłyśmy wszystko. Byłyśmy wykończone, ale nie chciałyśmy odchodzić nie zrobiwszy tego, do czego się zobowiązałyśmy. Powzięłyśmy ostatecznie decyzję, że napiszemy do hostki, iż jeśli nie ma dla nas innych zadań, to nie zostajemy. Próbowała nam wcisnąć inne obowiązki, ale czułyśmy, że robi to niechętnie, sama nie wiedząc, do czego najbardziej byśmy się jej przydały i po godzinach rozterek, postanawiamy powiedzieć jej prawdę. A prawda jest taka, że to miejsce nie bardzo przypomina ideę workaway’owego wolontariatu i nie czujemy sie tu na tyle dobrze, żeby zostawać dłużej. I wychodzimy rano z hotelu, czując olbrzymią ulgę. Śmiejąc się same z siebie, z  naszego braku asertywności i strachu przed wyjawieniem hostce naszych prawdziwych odczuć.

Koniec końców – nie chodzi tu o to, że musiałyśmy sprzątać, bo nie należymy do leniwych osób, o nie, a poza tym żadna praca nie hańbi! To co nam przeszkadzało i na co nie mogłyśmy się dłużej godzić to traktowanie ludzi tam pracujących i fakt, że to miejsce stać na zatrudnienie tabunu sprzątaczy, więc wolontariat w bogatych hotelach, polegający na tego typu zadaniach, to trochę kpina. Totalnie mija się z celem i ideą workaway’a, bo przecież jest tyle miejsc, gdzie nasze ręce i umysły przydałyby się o wiele bardziej. Ba, mogłyby nawet przysłużyć się ludziom naprawdę potrzebującym pomocy!

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *