Jak zostać nauczycielem angielskiego w Wietnamie?

Nic prostszego dla nas ludzi z tak zwanego Zachodu. Wystarczy bowiem dobra znajomość języka angielskiego, jasna karnacja o zachodnich rysach twarzy, koszulka zakrywająca ramiona i uśmiech na twarzy.

W wielu miejscach nikt nie pyta o żadne dyplomy, certyfikaty, ludzie są zatrudniani na ‚twarz’. Smutne to, ale prawdziwe. Wygląd odgrywa tu większą rolę niż posiadane przez potencjalnego nauczyciela kompetencje.

Dla przykładu – znam świetną nauczycielkę z kwalifikacjami i doświadczeniem. Dziewczyna jest z Filipin, a więc z kraju, gdzie angielski jest językiem oficjalnym i wszyscy doskonale go znają, mówiąc z fajnym amerykańskim akcentem. Przyjechała do Wietnamu na wolontariat. Uczy, tyle że za darmo. Próbowała znaleźć jakąś płatną pracę, ale wszędzie jest odrzucana, jako że ma zbyt azjatycki wygląd. Centra językowe komentują: ale przecież wygląda Pani jak Wietnamka.

Dla kontrastu – wysoki blondyn o niebieskich oczach, z niekoniecznie perfekcyjną znajomością gramatyki języka angielskiego bez problemu znajdzie tu świetnie płatną pracę. I nie potrzeba mu udawadniać, że jakiekolwiek kwalifikacje posiada.

Tak więc ci którzy boją się, że bez dyplomu nauczycielskiego nie znajdą tu pracy, obawiać się już nie muszą.

Kolejną kwestią jest pozwolenie na pracę – work permit. Teoretycznie nie można pracować w Wietnamie bez takowego. Niemniej większość nauczycieli pracuje przebywając w kraju na zwykłej wizie turystycznej. Co 3 miesiące wyjeżdżają tylko na tak zwany visa run, żeby wrócić do Wietnamu na kolejne 3 miesiące, pracując notabene nielegalnie.

To Wietnam jednak. Ręka rękę myje, układy układziki, łapówki. I można spać spokojnie.

Jeśli jednak ktoś decyduje się na legalną pracę, musi wybulić trochę na pozwolenie o pracę, chyba że uda mu się swoją szkołę przekonać do pokrycia kosztów tego dokumentu. Nic za darmo, w zamian zazwyczaj trzeba podpisać kontrakt na minimum rok, bo work permit do tanich nie należy.

Nauczyciele obeznani w temacie chołubią Wietnam, gdyż pensje są tu znakomite. Średnia płaca za godzinę to 20 dolarów (znam nauczycieli – tak zwanych native speakerów, tj. ludzi z krajów, gdzie język angielski jest językiem ojczystym, którzy zarabiają i 50 dolarów za godzinę pracy), w mniejszych miejscowościach natomiast – ok. 18.

A więc dochodzi znów kolejna kwestia związana z dyskryminacją nauczycieli.  Jeśli nie jesteś native speakerem, to automatycznie masz trochę mniejsze szanse na pracę oraz oferowane pensje są nieco mniejsze.

Idealny nauczyciel to zatem BIAŁY nauczyciel, najlepiej native speaker, o nienagannym wyglądzie. Im ładniejsza buzia, tym lepiej. Po 50-tym roku życia też pracę trudno tu znaleźć, więc kolejny czynnik składający się na dyskryminację zatrudnianych w Wietnamie nauczycieli – wiek.

Nie dziwota więc, że większość nauczycieli, to młodzi podróżnicy, którzy w pewnym momencie wypłukali się z kasy i postanowili zarobić na dalsze kilometry.

Rotacja jest więc ogromna. Ludzie przyjeżdżają na kilka miesięcy i wyjeżdżają. Dzieciaki mają problemy z zapamiętywaniem imion nauczycieli, gdyż ci dziś są, a jutro ich już nie ma.

Większość z nas pracuje dla prywatnych centrów językowych, około 18-20 godzin tygodniowo. Często jedno centrum nie ma wystarczającej ilości godzin, więc nauczyciel musi pracować dla kilku placówek. Posiadanie skutera to zatem konieczność, bo zazwyczaj trzeba sporo się przemieszczać.

W tygodniu pracuje się głównie wieczorami, a w weekendy porankami. Co paradoksalne – centra językowe odczuwają oblężenie w sezonie wakacyjnym, jako że zapracowani rodzice muszą ‚pozbyć się’ jakoś dziecka na te parę godzin dziennie.

Dzieci rzadko odczuwają czym są wakacje. Uczą się w roku szkolnym od poniedziałku do soboty, często jeszcze w niedziele w centrach językowych, a w wakacje spędzają czas na nauce wyłącznie w prywatnych placówkach.

Czasem ciężko się na to patrzy, na te przemęczone głowy, niechętne do nauki, trochę znudzone, trochę zniecierpliwione. Może dlatego właśnie wietnamskie szkoły wypracowały sobie system gier i zabaw, zastępując tradycyjne metody nauczania, występami różnej maści. Nauczyciel w Wietnamie musi wiedzieć, jak swoich uczniów rozbawić, musi znać milion ciekawych i śmiesznych gier, żeby uczeń z łaski swojej skupił się chwilę na zajęciach.

Są też i dzielni nauczyciele, którzy decydują się na naukę w publicznych szkołach, gdzie na lekcji mają nawet 4 razy więcej uczniów. Słyszałam różne historie. O uczniach dobrych, ale i takich rzucających w nauczycieli ołówkami.

Sęk w tym, żeby wiedzieć, jak nad taką grupą zapanować. A gro młodych, niedoświadczonych nauczycieli, nie bardzo wie jak to zrobić.

Nie jest łatwo. Jeśli ktoś myśli, że to prosta praca, jest w głębokim błędzie.

Pracę zagranicznego nauczyciela mają ułatwiać asystenki, pomagające w dyscyplinowaniu uczniów i tłumaczeniach. Niemniej nierzadko okazuje się, że asystentki znają angielski niewiele lepiej od uczniów i nijak nie da się z nimi dogadać.

Poza tym wietnamscy nauczyciele oraz asystentki zarabiają tak małe pieniądze – często niewiele ponad dwa dolary na godzinę, że niechętnie temu nauczycielowi w ogóle chcą pomagać.

Przed nauczycielem w Wietnamie stoi szereg wyzwań. Wiele razy miałam już ochotę tupnąć nogą, walnąć w stół i wybiec z sali. Jednak jest też wiele świetnych momentów, gdy uczniowie biegną do ciebie z otwartymi ramionami, całują cię po rękach i kolanach, nazywając cię mamą (oczywiście mowa o tych najmłodszych uczniach ;D), albo wyrażają ubolewanie, gdy dowiadują się, że niedługo ich opuścisz. Planują imprezę pożegnalną i mówią, że będą tęsknić oraz że są wdzięczni za zmotywowanie ich do praktycznego wykorzystania nauki języka. Widzisz jak z dnia na dzień coraz więcej potrafią powiedzieć i rozpiera cię duma. Słuchają uważniej, czują większy szacunek, bo jesteś z nimi już dłuższą chwilę.

O – TO SIĘ WYGADAŁAM!

W połowie lipca mam zamiar opuścić pracę i udać się najpierw na południe kraju, gdzie chciałabym zrobić wolontariat w centrum jogi. Nie chcę za dużo mówić o dalszych planach, bo już nie raz się przekonałam, że nie warto za wiele w tym życiu planować. Ono płynie swoim naturalnym rytmem, niech płynie, gdy będzie trzeba, wysunę się na ląd, żeby znów popodziwiać to co wokół i czerpać z tego jak najwięcej.

Oby tylko znaleźć kolejną przystań. Choć na trochę, bo wiem, że już niebawem wrócę na dłuższą ‚chwilę’ do Europy. Do ludzi, których kocham i za którymi tęsknię.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *