Jedziemy na północ – Chiang Mai i skuterem piękna okolicy odkrywanie

Pan w okienku nieźle się głowił, dlaczego rezerwuję bilet na pociąg nocny bez kuszetki. Jak to? Przecież mamy tak wygodne łoża za dziesiątki dolarów – specjalnie dla turystów! Mój plan niskobudżetowej wędrówki po Tajlandii nie zakładał jednak wydawania miliona monet na zbędne dla mnie luksusy. Młoda, prosta dama jestem – chętnie przejadę się pociągiem z lokalsami, gdzie głowę będzie można oprzeć na szybie.

Po 2-godzinnej obsuwie, wsiadamy do pociągu. Całkiem wygodnie! A nad głową szumią miło wiatraki. Jeszcze jakieś 12 godzin i odetchnę z ulgą w mniej ‚wilgotnej’ atmosferze (chodzi mi o powietrze oczywiście:D).

Oto jesteśmy! Trochę wcześnie, poza tuk-tuksiarzami ciężko żywego na ulicy dostrzec, ale rzeźkie powietrze wynagradza wszystko (rzeźkie dopóki słońce nie zacznie grzać miłosiernie:D). Na stacji wysiada chłopak, który wygląda na równie zagubionego jak ja, więc po wymianie kilku zdań, postanawiamy olać tuk-tuksiarzy próbujących wyłudzić podwójną cenę za przejazd i udajemy się pieszo w stronę hostelu.

To spotkanie mogę uznać za moment przełomowy mojej miesięcznej podróży przez Tajlandię, gdyż spotkany chłopak (Argentyńczyk) będzie stanowił niejako wstęp, do mającej się wkrótce utworzyć grupy latynosko-polskiej podróżującej w poszukiwaniu blasku tajskich uśmiechów (okaże się, że wcale nie trzeba szukać, bo kraj, o którym mówi się ‚Land of smiles’ – nie bez przyczyny Lądem Uśmiechów jest nazywany).

Chiang Mai, otoczone zielonymi wzgórzami, z masą świątyń umieszczonych w środku miasta, z bramami otwierającymi wrota do kolejnych jego części, stupami wskazującymi niebo, mnichami fotografującymi świątynie i turystami włóczącymi się między nocnymi straganami z jedzeniem, ubraniami i różnego rodzaju pamiątkami, odkrywającymi miasto i każdą świątyń z osobna posuwając się z wolna na rowerach.

Tajowie co rusz rozbrajają swoją obojętnością na dokładność tłumaczeń z języka tajskiego na angielski. Prawie każdy znak, prawie każde ogłoszenie zawiera literówki. Często błędy wywołują lawiny żartów i turyści przecierając oczy ze zdumienia, po chwili wybuchają niepohamowanym śmiechem. I tak oto mamy poniżej przykład jednego z ‚przejęzyczeń’. Zakaz picia ustawiony naprzeciwko wejścia do parku. Nic by nie dziwiło, gdyby nie kara za dopuszczenie się takiego występku. Otóż, Tajowie proponują 6 MOUTHS imprisonment – 6 ust pozbawienia wolności. 😀 Jeśli byliście w Tajlandii, to wiecie, że tego typu kwiatki to wcale nie jest rzadkość. Tajowie nie przejmują się zbytnio poprawnością tłumaczeń, a już na pewno nie literówkami. Turysta i tak przecież wie, o co chodzi.

Chiang Mai to też miasto freelancerów. Coraz więcej digital nomadów wybiera miasto na północy Tajlandii jako swą pierwszą bazę na trasie długiej przygody z pracą zdalną. W Chiang Mai powstają coraz to nowe miejsca coworkingowe, gdzie freelancerzy korzystają z zakupionego pakietu internetowego i spokojnej atmosfery pracy, poznając przy tym osoby pracujące w tym samym ‚biznesie’, wymieniają się doświadczeniem, a nawet planują przyszłą współpracę. Dlaczego Chiang Mai? Na pewno ze względu na niskie koszty utrzymania, pogodę, a także łatwość w przystosowywaniu się do nowego otoczenia. Tajowie są bowiem oswojeni z twarzami z Zachodu, nie naciągają turystów tak, jak na przykład w rozwijającym się Wietnamie. Życie, choć w Azji, pozbawione jest jakiegoś ogromnego szoku kulturowego (nie to co w Wietnamie, na każdym kroku zbiera człowiek zdziwioną szczękę z posadzki). W centrum miasta znajduje się całkiem fajny park, gdzie można zobaczyć, jak digital nomadowie wraz z lokalsami i garstką turystów, spędzają swój wolny czas (p.s. tablica o 6 ustach kary, o której wspominam powyżej, znajduje się naprzeciwko tego właśnie parku).

Z wolna, bo tak też upływa czas w Chiang Mai, odnosi się wrażenie, że miasto drzemie, rozbudzając się tylko przy dźwiękach nocnego targu i muzyki zapraszającej turystów do odwzajemnienia tajskich uśmiechów.

Idąc wzdłuż tak zwanych ‚imprezowych ulic’ napotkać można starszych mężczyzn z Zachodu, przystawiających się do ubranych w kuse spódniczki i buty na obcasach, dużo młodsze Tajki. ‚Wystawione’ przed barami, nagabują klientów, często w poszukiwaniu przyszłego męża, który zabierze je z ‚witryny’.

Tymczasem rozciągająca się, wokół Chiang Mai, soczystą zielenią przyroda ciągnie za rękaw i zaprasza do jej odkrycia. Hostele i biura podróży oferują niezliczone ilości wycieczek, trekkingów, wspinaczek, słoni i małp świątyń zwiedzanie, kasując przy tym odpowiednio. My wybieramy opcję skuter, improwizacja i dajemy się wciągnąć przyrodzie, bez większych planów, map czy oczekiwań. I przyroda nas nie zawodzi.

Pierwszy na naszej trasie jest Wielki Kanion, gdzie można dać nura do chłodnej wody, nie bojąc się, że w razie czego zabraknie asekuracji. Poza tym niewiele jest tu do zrobienia, więc po chwili (i dwóch nurach – nie moich :D) wyruszamy w ‚zieloną dal’.

Niezliczone ilości wzniesień, zielonych pagórków, dolin z polami ryżowymi i tajskich uśmiechów zachęcających do postoju przy przydrożnych loklanych ‚restauracjach’ (kto był ten wie, że ‚restauracją’ zwę przydrożną budkę skleconą z drewna i blachy, gdzie ryż z wszelkiego rodzaju dodatkami jest serwowany za dolara).

Droga jest oznakowana drogowskazami wskazującymi na kolejny wodospad i jaskinię, ale my już wiemy, że nie ma co kolejnych bahtów na tego typu atrakcje przeznaczać (zwłaszcza, że Tajowie mają dwie różne (aczkolwiek oficjalne) taryfy: normalna dla lokalsów i kilkukrotnie wyższa dla turystów). Droga sama bowiem zielenią swą i z dala widocznymi wzniesieniami wskazuje na to, co warto zobaczyć – prawdziwe życie i naturę, do której nie przyklejono jeszcze metki z ceną za jej ‚zwiedzanie’.

I tak wjeżdżamy w kolejne wąskie dróżki, odkrywając wioski pośrodku niczego, z wolna toczący się czas, lokalne plemiona i słonie wyrastające znienacka pośrodku drogi. Krajobraz wcale się nie nudzi i gdyby nie szybko zapadający zmierzch, do miasta drogi powrotnej wcale byśmy nie szukali.

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *