Medytacji dzień pierwszy

Po ‚wybudzeniu’ w Pai postanowiłam, że ażeby utrzymać ten niesamowity stan ducha, muszę spędzić kilka dni w jakiejś świątyni buddyjskiej, medytując z dala od uciech mej tajskiej podróży.

W Pai poznałam też rodzeństwo z Niemiec, które swym zachowaniem przypominało bardziej związek niż brata i siostrę. Nadziwić się nie mogłam, jak ogromnym szacunkiem się darzą i jak wiele czasu spędzają ze sobą na rozmowach, wymianie uśmiechów, bez najdrobniejszych nawet przytyków czy sprzeczek. Pochodzę z dużej rodziny i bardzo często między mną a rodzeństwem dochodziło do mniejszych, czy większych nieporozumień albo po prostu – najnaturalniej w świecie – lubiliśmy sobie dogryźć, jak to w rodzeństwie.

Dlatego też  nie dało się już dłużej ukrywać zdumienia rysującego się na mojej twarzy patrząc na tę dwójkę.Zapytałam więc, jak też możliwa jest tego typu relacja między bratem a siostrą. Siostra odpowiedziała: ‚Tak, często ludzie pytają, czy nie jesteśmy razem, ale my po prostu przeszliśmy już przez fazę dojrzewania ‚obok’ i teraz czuję, jak mój młodszy brat mnie podziwia. Doskonale się rozumiemy. On słucha uważnie i często traktuje mnie jako wzór do naśladowania. Pewnie dlatego się nie kłócimy. Mam mocny charakter i może gdyby przestał słuchać, wtedy coś by się zmieniło’.

Ta właśnie dwójka opowiedziała mi o świątyni w Chiang Mai, gdzie mnisi przyjmują ludzi chętnych oddać się medytacji. Wiele nie myśląc, spakowałam się i złapałam tuk-tuka do miejsca, które miało stanowić nie lada wyzwanie na tym etapie mej podróży.

Dlaczego?

Oto moje zapiski z pierwszego dnia w świątyni:

Wdziała białą szatę. Do ręki wzięła koc, prześcieradło i poduszkę. Przekręciła klucz i weszła do pokoju, zimnego – na pierwszy rzut oka, który topnieć zaczął po krótkiej chwili.

Surowa podłoga, szare ściany, kolorowa zasłona. To co widoczne z zewnątrz.

I tylko dźwięk nieokiełznanych myśli dudni głucho w jej głowie.

Gong. 11:00 – lunch – ostatni posiłek dnia. Potem tylko długie godziny prób medytacji. I zamiatanie podłogi. W zasadzie to nie tyle co podłogi, a betonowych posadzek wokół świątyni.

‚It’s easy? I don’t think so’ – mówi mnich z szeroko wymalowanym uśmiechem na swej brązowej twarzy.

I ja myślę, że medytacja wcale nie jest łatwa.

Mamy nie rozmawiać, nie jeść po lunchu, nie pić alkoholu ani brać żadnych używek, nie kontaktować się ze światem zewnętrznym, nie grać w żadne gry ani nie słuchać muzyki. Stronić od kontaktów damsko-męskich. Stąpać cicho i pamiętać, że nosimy na sobie biel.

Paradoksalnie po to, żeby się nie ubrudzić, bo na białym brud widać najwyraźniej.

Pierwszego dnia pełna byłam optymizmu i nadziei. Nadziei, że te dni poświęcone na medytację przyniosą niesamowite rezultaty. W tak zwanej porze przerwy, między lunchem a samonauką medytacji, Kanadyjczyk urodzony na Ukrainie, mający za rodziców Ukraińców i egotycznie wyglądający młodzieniec, który nie potrafił określić swego pochodzenia, jako że został wychowany w domu dziecka w Australii, a rodzice pozostali anonimowi, powiedzieli mi o lesie znajdującym się na terytorium świątyni. Ciekawi powodów przybycia do tego miejsca, wymieniliśmy się sekretami i postanowiliśmy oddać kontemplacji otaczającej nas natury.

Po powrocie z lasu miałam doświadczyć trudu medytacji. Uzbrojona w spokój zaczęłam swoją ‚walkę’, ale o tym będzie jeszcze później.

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *