Nasze życie na wietnamskiej wyspie

Po trzech dniach na wolontariacie na Cat Ba mogę wypocić kilka słów odnośnie tego, co tu się dzieje. A dzieje się sporo!  Nie ma tylko jak o tym pisać, bo w naszym hostelu wciąż brak wifi.

Miejsce, w którym pracujemy jest prześwietne. Wśród zieleni, między drzewami, hamak przy hamaku, z dala od zgiełku i wrzawy miasta, z naprawdę niezwykle życzliwymi hostami i ciekawymi gośćmi, czuję, że robię coś wartościowego.

Moja praca miała na początku polegać na zarządzaniu social mediami, a Natalia miała zajmować się przygotowywaniem nowego menu w restauracji, gdzie miało znaleźć się kilka zachodnich zestawień. No ale suma sumarum na chwilę obecną ogarniamy bar i recepcję. Dlaczego? Bo w hostelu panuje przeogromny chaos. Otwarty dopiero co 4 tygodnie temu przez ludzi, którzy nie bardzo mają pojęcie o zarządzaniu, daleki jest od opisu zamieszczonego na stronie workaway.info.

Oprócz mnie i Natalii jest jeszcze trójka workawayowców – Włoch, Francuzka i Amerykaniec.

Amerykaniec – świetna osoba, z wytatuowanymi ramionami i dredami do pasa, uśmiechem na pół twarzy zadziwił mnie dziś, zdradzając swoje zainteresowanie filozofią.

Włoch – pozorant, który tak robi, żeby się nie narobić. Doprowadza nas do szewskiej pasji.

Francuzka – wersja żeńska Włocha.

Gdyby nie ten chłopak z Ameryki, to przestałabym chyba wierzyć w wolontariaty.

Ale jakoś to się wszystko kręci. Ćwiczymy nasz wewnętrzny spokój i uczymy się tolerować różne zachowania. ;D

Czas płynie powoli, po czterech godzinach pracy, udajemy się na plażę, żeby poczilować trochę wśród szumu fal i przekrzykujących się Wietnamczyków. Odkrywamy wyspę kawałek po kawałku, dość mozolnie, bo temperatura pozbawia człowieka możliwości normalnego oddychania. Nawet woda wydaje się wrzeć.

Czy jestem szczęśliwa? Cholernie! Bo wiem, że jeśli coś pójdzie nie tak, wystarczy wrzucić graty do plecaka, założyć go na plecy i ruszyć dalej. Ze swoją najlepszą przyjaciółką. 🙂

Ten pies zawsze drzemie za barem, nasza obecność jest mu TOTALNIE obojętna. ;D
A tu Mak Mak, przez nas zwany Max, pies-maskotka hostelu, który potrafi leżeć wywalony jak żaba.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *