Rodzinne biznesy

W Azji południowo-wschodniej rodzinny interes to podstawowe źródło utrzymania. Podróżując przez Laos, Kambodżę, Tajlandię i mieszkając w Wietnamie, zauważyłam, jak ważne jest dzielenie obowiązków w kulturze tych narodów. Całe rodziny pracując wspólnie (wiadomo, są wyjątki, o których będzie w dalszej części tekstu), dbają o dobrobyt domu. Zdecydowanie najbardziej pracowitym i przedsiębiorczym narodem ze wszystkich powyżej wspomnianych jest wietnamski. Pracować trzeba – to nie podlega dyskusji i rodziny często zakładają wspólne biznesy, żeby zarobić na miskę ryżu. Otwierają firmy we własnych domach, na parterze, od rana do nocy oferując różnego rodzaju usługi. Fryzjerzy, sklepy, butiki, street food, krawcy, mechanicy, etc. Miejsce pracy jest również domem, więc człowiek nie tylko tam pracuje, ale i je, śpi, ogląda telewizję, opiekuje się dziećmi, marzy, kocha i umiera…

Pozwólcie, że podzielę się z wami miejscami, które wywarły na mnie największe wrażenie.

W Hanoi okazało się, że musimy wyrobić sobie nowe fotografie do wizy laotańskiej, bo niby warunki się zmieniły.  Udałyśmy się w tym celu z przyjaciółką do pierwszego lepszego fotografa, na którego się natknęłyśmy. Pani z dołu pokazała, że fotograf u góry i  schodami ruszyłyśmy na piętro domu. Po chwili weszłyśmy do zwykłego salonu . Poza lampą fotograficzną nie było tu żadnych innych dowodów świadczących o tym, że znajdowałyśmy się w jakimkolwiek zakładzie. Pan fotograf kończył kolację, telewizor grał na full, a wnuczka zajadała się deserami, oglądając kreskówki. Spędziłyśmy tam lekko godzinę, bo Pan fotograf nie bardzo ogarniał komputer, ale przy okazji doświadczyłyśmy zwykłego rodzinnego klimatu.

W Hajfongu, gdzie mieszkałam była taka „restauracja” (nie mylcie z restauracją w rozumieniu zachodnim, brud, syf, kiła i mogiła, a z tyłu rozłożone materace, na których spała rodzinka), którą prowadziło małżeństwo. Nic by w tym nie było dziwnego, gdyby nie jeden syn (może 8-letni) roznoszący napoje i drugi (2-3-letni, biegający po restauracji tak, jak go natura stworzyła). 😀 Kochałam to miejsce, bo kiedykolwiek się tam nie zjawiłam, mały przysiadał się do mnie do stolika i wołał, że chce ze mną jeść. I tak sobie towarzyszyliśmy przy kolacji, rozumiejąc się bez słów.

W drodze z Hajfongu, do Hai Duong, gdzie czasami jeździłam odwiedzić znajomych, znajdowała się mała kawiarenka. Pierwszy raz, gdy zajechałyśmy tam z koleżanką, nie mogłam wyjść z podziwu. Niesamowity klimat miejsca i dziaduszka parzący dla nas kawę wprawiały mnie w wyjątkowy nastrój. Nastrój nostalgii i zadowolenia. Wnuk po szkole wpadający do kawiarni był przepięknym, radosnym chłopcem z roześmianymi oczami. I dziaduszka, zawsze uśmiechnięty, choć widać, że zmęczony. Gdy za n-tym razem zawitałam w kawiarni, dziaduszka chciał mi coś przekazać. Zaprowadził mnie do pokoju za kawiarnią, gdzie w łóżku leżała kobieta. Schorowana, starsza Pani – pewnie jego żona. I wszystko było jasne. Przy łóżku, w pokoiku 3×4 metry, siedziała zatroskana kobieta. Zapewne ich córka, mama chłopca z roztańczonymi ognikami w oczach. I gdy przed wyjazdem z Wietnamu, zajechałam tam po raz ostatni, drzwi były zamknięte. Strasznie mi było smutno, bo nie poznałam dalszej części historii tej wspaniałej rodziny i nie dane mi było się pożegnać.

Wnuczek z ognikami w oczach!

W Hajfongu lubiłam chodzić na zimne sua chua mit. Jest to bardzo popularny deser, złożony z owoców (mit to jackfruit) i serwowany z pokruszonym lodem. Miałam swoje ulubione miejsce, gdzie w cenie 2.30 zł otrzymywało się wielki kufel wypełniony owocami, migdałami, jogurtem i rodzynkami. Niebo w gębie! Ale ja nie o tym. Miejsce było otwierane dopiero po południu i kiedykolwiek się tam nie zjawiłam, większość maleńkich plastikowych krzesełek była już okupowana. Krzesełka znajdowały się przed wejściem do domu, który stanowił również miejsce pracy. Powinnam napisać „domku”, bo przestrzeń mieszkalna była maleńka. Na całość składały się stół, na którym były przygotowywane przepyszne desery, lodówka i materac w kącie pokoju służący za posłanie dla rodziny – żony, męża i synka. Ta rodzina była naprawdę wyjątkowa i tak już się dobrze znaliśmy, że gdy przychodziłam, wcale nie musiałam mówić, co mam ochotę zjeść.

W Laosie, w Oudomsouk, hotel, w którym robiłyśmy wolontariat był prowadzony przez świetnie zgraną rodzinę. Naprawdę coś niespotykanego – rodzina, która jest w stanie prowadzić razem biznes, nie pozabijając się przy tym z nerwów. O Sabaidee Nakhai jeszcze na blogu usłyszycie, jako że będę o tym miejscu pisać, wspominając o naszych workaway’owych przygodach.

W Tajlandii, choć spędziłam 2 miesiące, żaden z rodzinnych biznesów mnie nie urzekł. Tajscy biznesmeni są bardzo przesiąknięci turystyką i zepsuci do granic możliwości. Rzadko kiedy ich uśmiechy były darmowe i w kraju nie czułam tego samego, co w Laosie, czy Wietnamie, gdzie ludzie byli do bólu autentyczni. Nie raz, nie dwa, chcieli mnie naciąć i muszę przyznać, że po ostatnim razie w Tajlandii, bardzo zmieniłam zdanie o tym narodzie. Gdy byłam tam po raz pierwszy wydawało mi się, że to najbardziej roześmiany naród na świecie. Niestety, ostatnio spotkałam tak wielu niemiłych, opryskliwych i wręcz agresywnych ludzi, że nie mogłam pojąć, co się dzieje. Okazało się, że wielu Tajów jest miłych tylko do czasu, gdy widzą w Tobie banknoty.  Smutne, ale takie były moje odczucia, gdy po raz kolejny, mówiąc „NIE” stojacym na ulicy naganiaczom, zostałam wyzwana i obrażona.

Co do Kambodży, to w wielu miejscach króluje zagraniczny pieniądz, więc Kambodżanie silą się jak mogą, żeby z tym pieniądzem konkurować. W Otres poznałyśmy jednak lokalnego chłopaka, który na przekór wszelkim przeciwnościom, otworzył swój biznes i ze szczerym uśmiechem na ustach robi wszystko, żeby jego klienci świetnie się bawili. Zabiera ich na wycieczki łodzią do sąsiednich wysp i kasuje tylko za to, co robi. Żadnych nieprzewidzianych opłat, krętactw i nastawienia: obrabować turystę. Polecam tym, którzy mają wystarczająco dużo odwagi, żeby wyruszyć w rejs z szalonym Kambodżaninem.

Magiczne miejsce ta mała wioseczka Otres!

Nie mogę w tym wpisie pominąć jednej smutnej rzeczy. W Kambodży rodzice wykorzystują dzieci, żeby te zarabiały na całą rodzinę. Nierzadkim widokiem są latające wokół zrozpaczonych turystów małe, brudne brzdące, które wciąż jeszcze nie potrafią mówić, ale za to są w stanie opchnąć białemu człowieku każdy jeden bubel. W Otres leżąc na plaży przyatakował mnie chłopiec, może 9-letni? Nie pamiętam już w jakim był wieku, ale biegle znał angielski. Jego zdolności sprzedażowe zadziwiłyby niejednego bogatego biznesmena z Zachodu, a na pytanie: dlaczego nie ma z nim rodziców, którzy pomogliby mu sprzedawać oferowane przez niego produkty, zmienia wyraz twarzy i odpowiada: „Mama sama robi te „cuda” (są to w większości bransoletki i opaski na głowę), a tata nic nie musi robić”. Kupuję jedną bransoletkę za dolara, choć takich samych mam już pełen plecak. Po chwili prosi mnie, żebym pokazała mu, jak napisać jego imię po angielsku i poćwiczyć alfabet (spore miał w tym zakresie braki) . Widać, że to raczej matematyczny umysł.  W pamięci mnoży ogromne liczby, które mu podaję i o rety,  wszystko się zgadza! Mały biznesmen zna się na liczbach i umie sprzedawać. Mam tylko nadzieję, że jak dorośnie, nie będzie popijał piwa na hamaku, wysyłając swe dzieci do pracy . Po chwili odbiera telefon i ze smutkiem patrzy mi w oczy: „Mama się spóźni, muszę jeszcze poczekać. Ściemnia się już, idę dalej sprzedawać, bo aż tak dużo dziś nie zarobiłem”…  Przytula mnie i odchodzi, biegnąc z przerzuconymi przez ramię „cudami”.

Taka to Azja południowo-wschodnia. Jak widać po przykładzie Kambodży, nie zawsze króluje zasada –  jeden za wszystkich, wszyscy za jednego! Choć Wietnam i Laos niezłomnie stanowią przykłady szacunku do wartości rodzinnych, nie w każdym z domów jest tak kolorowo.

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *