Vang Vieng w pełnej krasie

Jakieś cztery godziny autobusem od stolicy Laosu leży sobie „niepozorne” miasto o wdzięcznej nazwie – Vang Vieng. Usytuowane nad rzeką Nam Song, otoczone pięknymi wzgórzami, przyciągające lagunami o lazurowej wodzie. Nie są to jednak pierwsze ze skojarzeń, które nasuwają się turystom pytanym o to miejsce. Z czego więc słynie słynne już Vang Vieng? Otóż – z alkoholowych imprez z udziałem natury. Rzesze głównie Australijczyków, Anglików i coraz więcej Koreańczyków (bezpośrednie loty z Seulu do Laosu przyczyniają się do napływu ogromnej ilości koreańskich turystów) wiedzeni obietnicą imprezy życia, udają się do VV. Spływ nurtem rzeki w oponie z przystankami na „tankowanie” alkoholu to hit tego miejsca. Pewnego czasu kraj musiał zabronić tego typu imprez „sportowych”, jako że coraz to więcej turystów topiło się, tracąc życie w ferworze wysokoprocentowej zabawy. Co więcej – popularność narkotyków sprawiła, że turysta nie poprzestawał na „tankowaniu”. Suma sumarum – młodzi gniewni i nieustraszeni nie używali hamulców i VV zostało w krótkim czasie osnute złą sławą. Jak tylko ucięto swawole, turystyka w drastycznym tempie zaczęła spadać na łeb, na szyję. Co robić? Z czegoś trzeba żyć, nieprawdaż? Zabawa z oponami została wskrzeszona, dalej się „tankuje”, ale już nie tak łatwo w każdym miejscu dymka puścić. Czy ofiar mniej? Niby tak. Ludzie bardziej odpowiedzialni? Imprezy lepiej strzeżone? Statystyki przekłamane? Nie wiem – aż tak długo mnie tam nie było.

Czy VV zatem to miasto tylko dla szukających dodatkowej adrenaliny? A no niekoniecznie. Dla każdego znajdzie się coś dobrego. Dla mnie osobiście – najwspanialszą z niespodzianek były budki z bagietkami z – UWAGA! – serem! Dlaczego tak się podniecam? A no dlatego, że ser w tej części Azji – to nie lada gratka. Po miesiącach życia bez tego tłustego błogosławieństwa dla podniebienia – w VV oszalałam! 😀

Ale nie samym jedzeniem człowiek żyje. Cóż więc można jeszcze w tym mieście robić poza włóczeniem się po ulicach, w ochach i achach oglądając menu restauracji oferujących zachodnie potrawy? Można do oporu napić się lokalnego whiskey – ZA DARMO! Hostele, bary, restauracje, kluby – wszyscy prześcigają się w ofertach happy hours, gdzie godzinami „tankować” można  za 0 zł. A ja znów o tym „tankowaniu”. Wróćmy do spokojniejszej części VV.

Otóż, polecam wypożyczyć skuter (negocjować cenę do oporu :D) i udać się na zwiedzanie lagun. Opcja tylko dla cierpliwych i odważnych, bo poza laguną nr 1, dojazd do pozostałych jest niezwykle trudny. Dlatego też turyści wybierają tuk-tuki, gokarty i inne uproszczenia. Na zwiedzanie lagun dajcie sobie kilka dni, bo nie ma co od laguny do laguny skakać. Ja naliczyłam ich pięć i choć dziś pierwszą bym pominęła, to i tak nie ma co się łudzić, że jeden dzień wystarczy. Jednym z haczyków jest, jak już wspominałam, jakość drogi. Ileż to ja się namęczyłam, żeby tym naszym dzielnie wynegocjowanym za niezwykle niską cenę skuterem dojechać od laguny do laguny. Przygotujcie się na dziury, kałuże, kamienie, zwierzęta na poboczach i wszystkie inne możliwe przeciwności losu. Żeby w ogóle wjechać na drogę prowadzącą do lagun trzeba przejechać przez wątpliwej jakości most i za tę niezapomnianą podróż, wzbogaconą o podrygi swego kufra, zapłacić. Nie ma nic za darmo w Laosie. 🙂

Podróż niewątpliwie będzie obfitować w nieprzewidziane niespodzianki. Do pierwszej laguny na spokojnie można dojechać rowerkiem – trzeba czasami popedałować pod górkę, ale warto! Wszyscy Koreańczycy jak jeden mąż wynajmują gokarty i w nosie mają walkę z przeciwnościami losu. Nie da się ukryć – takim gokartem szybciej, wygodniej i bezpieczniej, choć nie ma co porównywać wrażeń z jazdy. 😀

Walczę z rowerem, który nie na takie drogi został stworzony! 😀

Po drodze miniecie mnóstwo lokalsów siedzących przed chatami i dzieci biegnące w Twoją stronę po „one dollar”, jak się okazało nie raz, nie dwa.  Co rozwala system to jednak małe zbiorniki wodne, w których ucieszone dzieci pluskają się do znudzenia. Wszędzie gwar, radość i WOLNOŚĆ – nikt z dorosłych nie stoi nad dzieciakami z batem, pilnując, co  by to się nie utopiły. Jak widać panuje zasada, że nad młodszymi czuwają starsze dzieci.

Laguna nr 2 – strzał w dziesiątkę!

Za wstęp do każdej laguny trzeba też zapłacić. Mówiłam przecież, że nie ma nic za darmo. 🙂 Ale co tam – warto, gdy na człowieka czekają pozawieszane nad wodą huśtawki, tratwy i opony na wodzie, wszystko w otoczeniu zniewalającej zieleni, i tylko krzyki, wrzaski, plaski do wody zmącić mogą spokój duszy. Dlatego też jeśli nie należysz do osób lubiących ustawiać się w metrowych kolejkach, żeby wskoczyć na chwilę  do lodowatej  wody , możesz sobie darować pierwszą lagunę. Brudno tu, gwarno, bo blisko VV i każdy z turystów zajrzeć tu musi.

Im dalej, tym lepiej. Mniej ludzi, więcej wolnej przestrzeni i błogich minut spokoju. Przy trzeciej lagunie znajduje się bar reggae, gdzie niezwykły starszy Pan, lata mieszkający w Kanadzie, zagada z Tobą o życiu. I ciekawych rzeczy można się dowiedzieć, uciekając przed burzą. Takie były właśnie okoliczności naszego zawitania w tym miejscu. Otóż zerwała się przeraźliwa burza. Naiwnie myśląc, że zdążymy przejechać kawałek zanim na dobre się rozszaleje, po kilkuset metrach, tonąc w przeraźliwie wielkich kałużach zalewających dziury w drodze, zorientowałyśmy się, że kluczyk od skutera wypadł ze stacyjki. O zgrozo! Burza, pioruny nad głową, chłód przeszywający na wskroś, kałuże do ud i  ZGUBIŁYŚMY KLUCZ! Jak to możliwe że mógł wypaść ze stacyjki? A no możliwe. W Wietnamie nasz wolontariacki buddy opowiedział nam tę samą historię, w którą NOTABENE – nie chciało nam się wierzyć, a teraz spotyka nas to samo. SUPER – myślimy. Jak w takiej ulewie i kałużach znajdziemy klucz?! Nie było we mnie nadziei, ale ja skuterem (nie mogłam go zgasić przecież, a gdyby silnik nie ogarnął, to już totalnie byłybyśmy w d…), a Natalia pieszo – zaczęłyśmy przeczesywać drogę w poszukiwaniu wybawienia. Już zawracałam, gdy zobaczyłam nadchodzącą Natalię, klnącą pod nosem. Nie znalazła – pomyślałam. Ani ja. 🙁 Zbliżam się do niej, a ona przed nosem wymachuje mi kluczykami. Do dziś dnia nie jesteśmy w stanie uwierzyć, jak wiele szczęścia w nieszczęściu nas spotkało.

Jako że bar reggae znajdował się naprzeciwko samego wjazdu na lagunę, postanowiłyśmy trochę się osuszyć i przeczekać, aż burza ucichnie. „Tak – mówi właściciel tego niesamowitego przybytku – malarz (wiejące abstrakcją obrazy wisiały tu i ówdzie) – w Laosie mamy dwie pory roku – „dusty” – zakurzoną i „”muddy” – błotnistą. Wam przyszło doświadczyć tej drugiej”.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *