Z drogi biały człowieku!

Po tygodniu mieszkania w Hanoi uczy się człowiek stanowczości, nabiera odwagi, jak już coś sobie postanowi, to nie ogląda się za siebie, co najwyżej biegnie ku celowi!

O czym mowa? A o ulicach głośnych, wypełnionych pojazdami, o nieistniejących zasadach ruchu drogowego można by rzec – a jednak, co w naszych zachodnich głowach się nie mieści – brak zasad może też stanowić twarde zasady.

PAMIĘTNIK Z ŻYCIA PIESZEGO:

  1. Dzień pierwszy – a w rzeczywistości wieczór, bo trzeba było otrząsnąć się z jet laga. Ulica, mała, dwupasmowa. Pasy. Stoję. Patrzę. Jadą i jadą, jechać nie przestają. Jazgot bębni w uszach. To może postawię jedną nogę na pasach? Stawiam. Wciąż jadą i jadą, jechać nie przestają. OK, pójdę dalej i może uda się przejść na innych pasach. Inne pasy – wciąż to samo. No dobra, może spróbuję jutro? Jet lag i tak daje wciąż o sobie znać.
  2. Dzień drugi – opracowywanie nowej strategii. Skoro nie reagują na pasy, może poszukam zebry ze światłami? Przez pasy już nie staram się przechodzić, czekam na swój moment i biegnę. Biegnę slalomem, omijając skutery, samochody i rowery.  Nie oglądam się za siebie. Biegnę co sił w płucach. Ufff, jestem po drugiej stronie. O! Są i pasy ze światłami. To teraz nie będzie trzeba biec. Zielone dla pieszych – mogę iść, już, już stawiam nogę na przejściu, gdy nagle jakiś motorowerzysta trąbi na mnie i omal nie rozjeżdża mi mej stopy. Zielone! – krzyczę. Kierowcy tylko na mnie trąbią i się uśmiechają, otwierają szyby i krzyczą – hello! Ot taka nasza interakcja – oni jadą, a ja stoję i czekam na odpowiedni moment, taki w którym motory nie będą jechały ciasno rzędem obok siebie i samochodów, żebym mogła slalomem wcisnać się w przestrzeń, w której, w danej sekundzie, nie znajduje się żaden rozpędzony pojazd. Kolejne pasy ze światłami – coś niesamowitego, kierowcy jeden po drugim się zatrzymują. Wypadek – myślę? Nie – KONTROLER RUCHU DROGOWEGO. Prawie sam został rozjechany, trzyma rękę na masce jakiegoś auta. Najwyraźniej kierowca myślał, że Pan kontroler macha rękami, bo ćwiczy aerobik na środku ulicy. Niemniej, jest i upragniona chwila – zielone dla pieszych, pasy – mogę przejść spokojnie, nie bięgnąc między motorami. Co tu robił jednak ten kontroler? Ach, jeszcze chwila i widzę Stare Miasto.
  3. Dzień trzeci – lokalsi: ‚follow us’ – mówią. Samochody, motory, rowery pędzą! Oni zatrzymują je tuż przed własnym nosem wyciągając po prostu rękę. Mi serce podchodzi do gardła, jestem na pasach, ale one są namalowane chyba tylko dla bajeru. Tu zatrzymuje się kierowców wyciągając rękę i rozczapierzając pięć palców swej dłoni – STOP – mówi ten gest. I oni stają, albo po prostu cię wymijają.
  4. Dzień czwarty – zamierzam wypróbować strategię lokalnych. Pasy, wielka ulica, dwa światła do przejścia. Czerwone – stoję. Zielone – stoję. Zbieram się na odwagę, bo widzę, że lawina pojazdów nie zamierza stopnieć. Po 15 minutach już wiem, że strategia biegu slalomem za nic się nie sprawdzi, gdyż nawet przez moment ruch się nie zmniejsza. Stawiam nogę na pasach. Omal mnie nie rozjechali. Wciąż boję się użyć metody ‚na rękę’. Czekam. 20 minut później – jest szansa! Biegnę slalomem. A teraz drugie pasy. Tu przejście na drugą stronę zajęło mi jakieś 10 minut.
  5. Dzień piąty – koniec tego! Nie mogę przecież stać pół godziny na przejściu dla pieszych. Przez to doliczam każdego dnia 30 minut do czasu na dojazd do szkoły. Dziś zamierzam użyć metody ‚na rękę’. Znów te przeklęte podwójne światła. Mkną, motorowerzyści wiozący z tyłu wszystko, o czym jesteś w stanie pomyśleć, albo raczej, co trudno sobie wyobrazić! A nawet więcej! Jeden Pan wiezie ogromne płaty mięsa z kośćmi, przywiązanymi jakoś z przodu i tyłu siedzenia skutera. Wiozą dzieci, które kurczowo trzymają się rączek skutera. Jestem niewidzialna. Znów nie ma pieszych. Wszyscy jadą. Jestem sama. Żaden lokalny nie pomoże mi przejść. Idę więc. Zamykam jedno oko i wyciągam prawą rękę, krzycząc STOP. Wymijają mnie z różnych stron, samochody zatrzymują maski tuż przed mą skuloną ze strachu postacią. Dalej biegnę. Udało się! Wygrałam, ale za nic w świecie nie chcę tego powtarzać!

I tak minął tydzień, wciąż walczę ze strachem, łączę metody przechodzenia przez ulicę, próbując wypracować swą własną. Nie zliczę ile razy nieomal straciłam życie, zrezygnowana popłakałam się, ile razy wyzywałam motocyklistów i przeklinałam na swój przyjazd tutaj.

Wszyscy pytają, dlaczego nie kupię skutera. Najzwyczajniej jeszcze nie mam w sobie tyle odwagi i jeszcze sporo muszę się nauczyć, bo brak zasad, to najtrudniejsza zasada do ogarnięcia w tym innym świecie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *