Z innej bajki – Maramuresz

Tak to w życiu bywa, że ma człowiek dość. A no i ja miałam dość blogowania. Głównie dlatego, że w życiu za dużo się dzieje. Praca na etat, poranne prawie że 2-godzinne zajęcia jogi, wycieczki, odwiedziny i tuzin domowych obowiązków.

Ale tak to i też w życiu bywa, że czasem się zachce! No i mnie się właśnie to przydarzyło.

A to pewnie dlatego, że skołatane włóczęgie serce zatęskniło za otwartą drogą, powiewem wolności i czasem ograniczonym tylko potrzebą na sen.

Nie zrozumcie mnie źle, wciąż podróżuję, dzięki pracy, która daje mi sporo elastyczności (mogę wykonywać obowiązki „z domu” od czasu do czasu) i od czasu powrotu z Azji odkryłam sporo nowych miejsc. Tylko potrzeba „przeżywania” przegoniła chęć „raportowania”.

Tyle jeszcze historii z Azji, o których wam nie opowiedziałam. Nic to. Zaznaczałam niejednokrotnie, że miejsce to nie jest żadnym przewodniko-pamiętnikiem, a raczej chaotycznym wylewem myśli zrodzonych pod wpływem chwili.

I tak od listopada jestem znów w Rumunii. Choć ostatnimi czasy to tak naprawdę więcej mnie nie ma, niż jestem. 🙂

Niemniej, chcę się z wami podzielić wiedzą na temat wyjątkowego miejsca, znajdującego się na północy ziemi Drakuli.

Maramuresz, będący częścią sławetnego Siedmiogrodu stanowi jego nie lada perełkę. Niezbyt popularny wśród turystów region jest najpiękniejszym (w mojej opinii) miejscem w całej Rumunii. Nieskazitelnie czystym, przyjaznym, nieskażonym chciwością, podtrzymującym tradycje regionem. Wśród tych co o Maramuresz słyszeli, słynie on z drewnianych kościółków i kobiet przyobleczonych w kolorowe chusty i spódnice.  Wiedzcie jednak, że to tylko wisionki na torcie. Maramuresz ma o wiele więcej do zaoferowania.

Widoki zapierające dech w piersiach! Soczyście zielone, nieskończone połacie ziemi. Sianokłosy wygrzewające się w promieniach słońca. Strumyki szumiące wśród uciesze leśnych stworzeń i dzieci z pobliskich wiosek. Chatki pośrodku niczego, zdezelowane płoty i ścieżki prowadzące na wzgórza, z których rozpościerają się nieziemskie widoki. No i majestatyczne góry, na które niestety nie mieliśmy czasu ani sił się wspinać (jeden z wielu powodów, żeby jeszcze tam wrócić).

Niezwykłe poczucie humoru. Słyszeliście o „wesołym cmentarzu”? We wsi nad Cisą, o wdzięcznej nazwie Săpânța (czyt. Sapynca), znajduje się niebywałe zjawisko. Ogólnie na naszym europejskim kontynencie śmierć jest czymś, o czym nikt nie chce mówić, żeby czasem jej nie przywołać. Cmentarze to szare , ponure miejsca, oświetlane tylko ogniem ze zniczy i ulotnym urokiem ściętych kwiatów. Săpânța, na przekór tym wyobrażeniom, postawiła cmentarz inny niż wszystkie – kolorowy, pełen humoru i wyrzeźbionych w drewnie – scenek z życia pochowanego. Ale jak to wesoło opowiadać o kimś, kto leży kilka metrów pod ziemią? Tym bardziej jak można rozprawiać o przyczynie śmierci z żartem i przekąsem? Przecież to nie przystoi. Na cmentarzach płacze się nad grobami i składa ręce do modlitwy.

A może Săpânța znalazła swój sposób na złożenie hołdu umarłym? By ulżyć rodzinie, opowiada dzieje zmarłego i powód jego odejścia z nieopisanym wdziękiem, wplatając groteskę i humor tak, że za serce chwyta. I jakoś z tą śmiercią łatwiej się oswoić?…

A co najważnejsze, ów wiersze, są w pierwszej osobie – to zmarły opowiada swoje dzieje, więc czujemy, jakby wciąż żywy, mówił do nas o tym, co się w jego życiu wydarzyło.

A oto przykłady epitafiów, które możemy znaleźć na nagrobkach:

jak żyłem w świecie, poszedłem do gavrilleu i jak byłem w moim świecie, moje urodziny w kościele, które mi się podobają i zostałem wybrany również w komitecie kościelnym w lesie, pracowałem złą chorobą, dostałem lekarstwo i nie dostałem tego od choroby do Uciekaj, że żyjesz na świecie, chcesz, żebyś dobrze żył tym 57-letnim życiem„.

„Jestem Mihaju, syn Mihaia. Gdy prowadziłem swe auto byłem w poważnych kłopotach i zakończyłem życie we wsi Sarasan. Tam dopadł mnie zły los, gdy wpadłem w poślizg i uderzyłem w drzewo kończąc nagle swój żywot. a teraz mówię do was, drodzy rodzice: nie trwajcie resztę życia w smutku. Wszak dawaliście mi dobre rady. Ja sam jestem sobie winien zbytniej prędkości za kółkiem. Nie powinien jechać tak szybko. a teraz widzę, co zrobiłem i, że gniję w ziemi. Żyłem 20 lat, zmarłem w 1994”.*

Drewniane kościoły, o których tak głośno, zyskują atencję nie bez powodu. Istne arcydzieła sztuki! Mają w sobie dzikie piękno przedstawione w prosty sposób. To czyni je unikatowymi.

Maramuresz bowiem to górzysty teren, który przez całą swoją historię był krajem trudno dostępnym, odseparowanym od reszty świata (i całe szczęście wciąż nie należy do najpopularniejszych miejsc w Europie, dzięki czemu był w stanie zachować swój osobliwy czar).  Toteż i architektura murowana przez długi czas nie miała jak tu dotrzeć. No i świetnie – dzięki temu możemy podziwiać cerkwie jakich mało na świecie. Cerkwie, które urzekają swą prostotą wyrazu.


Dbale zachowane tradycje to jeden z uroków tego czarującego regionu. W niedzielę z łatwością wypatrzycie lokalną ludność poubieraną w piękne, kolorowe, tradycyjne stroje tego regionu. Kobiety przyodziane w chusty, pod rękę z wystrojonymi mężami, czy trzymając w dłoniach dłoń dziecka. Wszyscy razem w jednym pędzie kroczą dumnie na mszę. Patrząc na te kolorowe parady, nad którymi piętrzyły się smukłe, drewniane wieżyczki kościołów, czułam się jak w bajce.

Jak tradycyjne stroje – to i tradycyjne jedzenie.

Rumunia słynie z mamałygi – potrawy z kaszy kukurydzianej i palinki – owocowej wódki. I każdy mieszkaniec Maramuresz powie Ci, że to właśnie tam znajdziesz najsmaczniejszą mamałygę (potwierdzam!), przyrządzoną ze śmietaną, białym serem i słoniną (mnie udało się skonsumować bez słoniny:D). Przed posiłkiem pamiętaj oczywiście o „rozruszniku na żołądek” – horince – tutejszej formie palinki (podobno też najlepsza odmiana palinki w całym kraju). Nie ma co wierzyć na słowo – tylko próbować! 😉

Tak wielka porcja jest nie do pokonania dla jednego śmiałka!
Tu domowej roboty winko.

Był już podkład, więc czas na sedno sprawy: LUDZIE! Mieszkańcy Maramuresz to najcieplejsi, najszczersi i najcudowniejsi ludzie w całej Rumunii. Miejsca, które zarezerwowaliśmy przez booking.com olały nas i poodwoływały nasze rezerwacje last minute (jedno z miejsc nawet nie raczyło nas poinformować, więc pocałowaliśmy klamkę godzinę drogi przed miejscem docelowym). Dzwonię do właścicieli, gdy znajdujemy się już 60 km od ich pensjonatu, a oni zdziwieni wrzeszczą na mnie, że jak to przyjeżdżamy, przecież oni wyjechali na tydzień… No i UWAGA: W MAJÓWKĘ zostajemy bez akomodacji. Całe szczęście to Maramuresz, które nie jest oblegane przez turystów, więc widząc pierwszy lepszy szyld pensjonatu, zajeżdżamy pytać o miejsce. Wita nas starsza Pani w chustce na głowie, ze szczerym uśmiechem i niebywałym poczuciem humoru, roztapia nasze nieufne serca i zostajemy, żeby doświadczyć najwspanialszej gościnności pod słońcem. Gospodarze pensjonatu okazują się fantastyczni. Czujemy się jak w domu, jak część rodziny. Tańcujemy razem, pijemy, ucztujemy, gramy w piłkę, jednego wieczora wpada nawet pop i Pani hipnotyzująca swym głosem wyciska mi łzy z oczu. Poznajemy ludzi tak wyjątkowych, że aż ciężko nam uwierzyć. Rodzinę zastępczą wychowującą niesamowicie inteligentnego nastolatka, biegle władającego językiem angielskim. Gospodarzy dbających o lokalną społeczność, tańczących w grupie folklorystycznej, wręczających nam puchar za „najlepszych gości zagranicznych”. Tyle się tam w ciągu tych raptem trzech dni wydarzyło, że nie sposób tego wszystkiego opisać. Codziennie doświadczaliśmy ludzkiej dobroci i szczerości, która powróciła nam wiarę w ludzi.

 

*Cytaty wzięte z Wikipedii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *