Z Wietnamu polskiego do bardziej wietnamskiego

2:30, spakowana, jedziemy na lotnisko. Trochę wcześnie, ale po drodze chcemy zahaczyć o Wólkę Kosowską. Tam przedsmak Wietnamu. Gdzie okiem sięgnąć – Wietnamczycy. Rozpędzeni na hulajnogach mkną od bladego świtu. A gdzie tak pędzą? Obsłużyć klienta, za te pieniądze nakarmić rodzinę, kupić samochód, dom, dać dzieciom, rodzicom wszystko, czego mieć w Wietnamie nie mogli. Panowie nawet chętnie pozują do zdjęcia (zdjęcie dodam, jak tylko mój telefon zacznie znów współpracować), gdy mówię, iż jestem w drodze na lotnisko i wylatuję do Hanoi. 🙂 Ooo Hanoi – mam tam rodzinę, mówi samozwańczy Tomek.

Na Wólce pracują całe rodziny, mama, tato, babcia, dziadek, nawet dzieci. Wszędzie roznoszą się zapachy jedzenia, mięsa smażonego na głębokim oleju, zupek ‚a la chińska’. Widzimy tabliczki z napisami w językach polskim i wietnamskim zakazujące śmiecenia, bo wiadomo, czego nie dojem, albo co nie smakuje, cisnę na ziemię. Za kilka godzin mam się przekonać, że tak to właśnie wygląda w Wietnamie.

Po długich godzinach spędzonych na lotnisku w Moskwie, w oczekiwaniu na drugi samolot, otrzymuję drugą porcję Wietnamu. Tłumy na podłodze, na krzesłach, jedzące, kaszlące, chrochające,  z reklamówkami alkoholu – swoją drogą świetne ceny Żubrówki na wolnocłowym do wywozu do krajów spoza Unii Europejskiej. Jedna Pani ma tych siatek Żubrówki aż dwie. Okazuje się, że na pokład wejść nie może, bo bagaż podręczny za duży, a Pan Rosjanin-Gbur, oczywiście w języku rosyjskim ryczy na Panią, żeby coś wyrzuciła, bo z tym wszystkim to jej na pewno nie wpuszczą. Ostatecznie Pani jakoś się przecisnęła po dwóch nieudanych próbach i stękaniu, wrzasku drugiej Pani z obsługi, która nieomal nie zabiła jej wzrokiem, wrzeszcząc na nią w języku rosyjskim wraz z Panem Gburem wspomnianym powyżej (nigdy nie widziałam bardziej niemiłej obsługi lotniska – nawet w Rumunii, kraju o bardzo niskim poziomie obsługi klienta.

Tak to już jest, że mnie zawsze trafiają się najciekawsi współpasażerowie i otóż okazuje się, że Pani miłująca Żubrówkę (może z Wólki, kto wie?), będzie leciała po mej lewicy. Brzdęk! Butelki śpiewają. Pani nie pytając wcale o zgodę, kładzie na mnie wszystkie te siatki, plecak i tylko porozumiewawczo się uśmiecha. Liczę: jedna, dwie, trzy butelki, cztery, o! jest i piąta, ostatecznie nie doliczyłam się ile litrów Pani miłująca Żubrówkę przewozi, tylko bacznie obserwowałam, jak pozostali Wietnamczycy wiwatują i gratulują Pani sprytu i pomyślunku. Zabrakło miejsca na składowanie pokaźnej ilości alkoholu, więc Pani miłująca Żubrówkę już, już się pochyla, ażeby wcisnąć kilka butelek pod moje nogi – o net! – mówię stanowczo. Za mało tu miejsca i za wiele godzin lotu, ażebym jeszcze musiała trzymać nogi w górze po to, żeby uratować dobytek Pani miłującej Żubrówkę. Oj zdziwiła się i trochę obraziła – a w końcu wcisnęła butelki jakimś innym Wietnamczykom i po kłopocie. Teraz jeszcze tylko 9 godzin chrochania, siorbania zupek chińskich i lądujemy w Hanoi.

Smog, przerażająca wilgotność, tropikalny upał – ooo, to chyba jesteśmy. 🙂 Jeszcze godzina drogi autobusem, taksówka za niecałe 3 dolary i poznam właściciela domu, który mam przez następnych kilka miesięcy dzielić z dwójką Hindusów, którzy są notabene nauczycielami jogi – o radość niepojęta :), Wietnamką i jeszcze kilkoma osobami. Ale o tym to już później, bo muszę jeszcze zmyć warstwy zanieczyszczeń, potu i przygotować kilka gier i piosenek na pierwszą w mym życiu lekcję angielskiego z maluchami.

One thought on “Z Wietnamu polskiego do bardziej wietnamskiego

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *